O autorze
Joanna Erbel - kandydatka na prezydentkę Warszawy z ramienia Partii Zieloni, aktywistka miejska. Socjolożka miasta, fotografka, publicystka. Współzałożycielka Stowarzyszenia Duopolis oraz Magazynu Miasta. Członkini Krytyki Politycznej oraz Kongresu Ruchów Miejskich. Kuratorka cyklu Nowe Sytuacje w ramach Malta Festival 2011. Organizatorka szeregu debat i spotkań na temat polityki miejskiej. Pracuje w barze Prasowym jako koordynatorka ds. wydarzeń kulturalnych i współpracy z lokalną wspólnotą. Członkini organizacji Rolnictwo Wspierane przez Społeczność. W mieście można ją spotkać zawsze z rowerem.

A co jeśli eksperci i ekspertki nie mają racji? A organizacja pozarządowe reprezentują tylko swoje własne interesy?

Konferencja "My, samorząd. Ludzie, idee, innowacje", Instytut Spraw Publicznych, 1 grudnia 2015 r., fot. E. Bendyk
Konferencja "My, samorząd. Ludzie, idee, innowacje", Instytut Spraw Publicznych, 1 grudnia 2015 r., fot. E. Bendyk
Rok temu obchodziliśmy 25-lecie samorządu. W tym roku 20-lecie obchodził Instytut Spraw Publicznych. Z tej drugiej okazji tydzień temu wygłosiłam, 7-minutowy referat, którego rozszerzeniem jest ten tekst. Kluczowe dla mnie jest spojrzenie na obecną wizję społeczeństwa obywatelskiego, w którym głos społeczny ma być reprezentowany przez ekspertów i ekspertki oraz organizacje pozarządowe. A co jeśli jest ich głos to za mało, żeby poznać potrzeby społeczne, zwłaszcza na poziomie samorządowym?

Warto się przyjrzeć samorządowi nie tylko dlatego, że nie wiadomo, czy będziemy mieć okazję obserwować jego 26 urodziny. Prawo i Sprawiedliwość nie raz zapowiadało zmiany granic województw, w tym powołanie województwa warszawskiego, w granicach obecnego m. st. Warszawy. Ma to być najłatwiejszy sposób na polityczne odbicie stolicy.



Czy mieszkanki i mieszkańcy miast będą bronić obecnego ustroju? Trudno powiedzieć. Zależy to w dużej mierze od władz samorządowych.

Trudno bronić ustroju, który nie daje realnego poczucia wpływu na to, w którym kierunku rozwijają się miasta. Po co, bronić władz, które ignorują podstawowe potrzeby, w tym prawo do podmiotowości i realnego wpływu na swoje otoczenie. Aby mieszkanki i mieszkańcy miast chcieli bronić swoich samorządów konieczne jest zrewidowanie wizji społeczeństwa obywatelskiego.

Ma rację Jay Weatherill, premier Południowej Australii, kiedy mówi, że: Rządy straciły umiejętność włączania ludzi. Demokracja nie jest w kryzysie. Po prostu rządy nie umieją ich zaangażować w szukanie wspólnych rozwiązań.

Dotyczy to zarówno rządów, jak i samorządów. Obecny model społeczeństwa obywatelskiego się wyczerpał. Główny problem wynika z tego, że przez lata społeczeństwo obywatelskie było utożsamianie z organizacjami pozarządowymi.

Kiedy w 2009 zakładaliśmy ze znajomymi Stowarzyszenie Duopolis ku swojemu wielkiemu zdziwieniu sam fakt, że byłam z jakiegoś stowarzyszenia sprawiał, że mój głos był słyszany i traktowany znacznie poważniej niż wcześniej, gdy byłam zwykłą mieszkanką.

A przecież od samego początku ich istnienia fikcją było to, że organizacje pozarządowe posiadają, co najmniej piętnastu aktywnych członków i członkiń. Tak było w przypadku pierwszego stowarzyszenia w Polsce, które założył profesor Jerzy Regulski (o czym zresztą pisze w swojej autobiografii). Tak jest i teraz.

Ponadto, bardzo długo istniał miękki przymus zakładania organizacji pozarządowych. Aby móc być partnerem dla samorządu trzeba było mieć NGOsa. Pozyskać środki na działania społeczne mogły przez lata stowarzyszenia, fundacje i związki wyznaniowe, ale już nie grupy mieszkanek i mieszkańców. Tak samo było ze składaniem uwag w ramach konsultacji społecznych. Jeśli istniał ustawowy przymus konsultacji to z organizacjami branżowymi, a nie z ogółem mieszkanek i mieszkańców.

Dotyczyło to nie tylko tematów specjalistycznych, ale również kwestii tak blisko dotykających życia codziennego, jak kwestia śmieci. Na przykład w Warszawie poprzednia tzw. „uchwała śmieciowa” była konsultowana wyłącznie z organizacjami pozarządowymi – do tego w jednym najgorszych możliwych terminów w roku, czyli między 28 grudnia 2012 a 4 stycznia 2013 r. Oczywiście jest to przykład skrajny, ale jedna poważna wpadka podważa wiarygodność dialogu społecznego jako całości.

Poza organizacjami pozarządowymi, tymi, którzy mieli czuwać nad tym, żeby głos społeczny był słyszany byli eksperci i ekspertki – głównie z nauk społecznych. To ich zadaniem miało być diagnozowanie nastrojów społecznych i mówienie jak jest i jak być powinno.

W układzie, w którym dowodem na istnienie społeczeństwa obywatelskiego jest głównie liczba (i aktywność) organizacji pozarządowych, których postulaty są filtrowane przez ekspercką wiedzę całkowicie pomija się aktywne osoby, które nie są związane z żadną z organizacji. Jeśli nie należą do organizacja pozarządowej albo nie maja statusu eksperta albo ekspertki automatycznie stają się „zwykłym mieszkańcem (mieszkanką)”.

Wyobrażeni „zwykli mieszkańcy (mieszkanki)” to przez lata były to osoby, które z definicji nie mogą pojawić się na spotkaniu konsultacyjnym, aktywnie brać udział w debacie publicznej, bo wtedy zostaje im nadana łatka aktywistki lub aktywisty, działacza lub działaczki. Co więcej figura „zwykłego mieszkańca (mieszkanki)” bywała nieraz używana do podważania opinii podzielanej przez aktywną grupę osób. Przez ostatni kilka lat nie raz słyszałam, że „co z tego, że odbyły się konsultacje, skoro nie wzięli w nim udziału zwykli mieszkańcy?”. „Ja rozumiem, że Państwo tu widzą problem, ale zwykli mieszkańcy są innego zdania.” „To jest zdanie aktywistów, ale kto mi powie, co sądzą zwykli mieszkańcy?”.

Wątpliwości rozwiewać mieli eksperci i ekspertki. W odwołaniu do swojej wiedzy mówili jak jest.

Co jednak jeśli eksperci i ekspertki nie mają racji? A organizacje pozarządowe skupione są głównie na załatwianiu swoich finansowych interesów? A sam model społeczeństwa obywatelskiego promującego te dwie grupy oparty jest na wykluczeniu? I pewne głosy nie znajdują wyrazu.

I nie jest to tylko dyskusja teoretyczna. Wyniki wyborów pokazują, że postawa antysystemowa porwała ponad 20,8 % głosujących w wyborach prezydenckich 2015, jeśli wziąć za wskaźnik wynik Pawła Kukiza, który w ostry sposób odcinał się od chęci posiadania jakiegokolwiek programu.

Więc jeśli jedna piąta głosujących daje wyraźny sygnał, że jest niezadowolona, to co poszło nie tak. Jak to się stało, że obecny model społeczeństwa obywatelskiego nie był dla nich nijak atrakcyjny.

Jednym z powodów jest to, że doszło to silnego rozdzielnia społeczeństwa obywatelskiego i świata polityki. Bowiem, z tego modelu społeczeństwa obywatelskiego wykluczone zostały nie tylko niezrzeszone formalnie jednostki (bez statusu ekspertki lub eksperta), ale również wszyscy politycy i polityczki.

Społeczeństwo obywatelskiego to jedno, a startowanie w wyborach samorządowych czy parlamentarnych to rzecz inna. Społeczeństwo obywatelskie to ostoja uczciwości, altruizmu i etycznych postaw w przeciwieństwie, do polityki, która jest brudna i przyzwoici ludzie nie powinni się nią parać. Kto raz startował w wyborach jest na zawsze skażony. Gorsze od polityków i polityczek były jedynie związki zawodowe.

Ta sytuacji doprowadziła do pojawienia się oddzielnych kanałów komunikacji dla każdego z sektorów.

Jeden z nich, to – kanał III sektora, ścieżka dla organizacji pozarządowych, które głównie w ramach Komisji Dialogu Społecznego (a na poziomie lokalnym – Dzielnicowych Komisji Dialogu Społecznego) opiniowały dokumenty, stworzyły komisje odpowiedzialne za pisanie regulaminów konkursów i przydzielanie środków.

Drugi, to – kanał I sektora, czyli ścieżka samorządowa, gdzie ciałem pośredniczących nie są KDSy, ale Rada Miasta albo Rada Dzielnicy. Teoretycznie nie powinno być między nimi opozycji, ale współpraca nie jest konieczna. Dopiero po latach zdałam sobie sprawę, że to jednak dziwne, że jako miejska działaczka zaczynająca od ścieżki pozarządowej na sesję Rady Miasta trafiłam dopiero po kilku latach aktywności.

Oddzielny kanał wpływu miał jeszcze II sektor, czyli biznes. Ale przez lata mało kto się z nim przejmował w temacie obywatelskości.

Poza tymi trzema ścieżkami ostatnimi laty pojawiła się jeszcze czwarta – przetarta przez grupy nieformalne i osoby, które nazywa się aktywistkami i aktywistami. Większość z nich (z nas, bo i ja się do tej grupy zaliczam), jeśli miała sprawę do załatwienia kontaktowała się bezpośrednio z urzędnikami niższego i wyższego szczebla. Bardzo często z pominięciem zarówno Rady Miasta/Dzielnicy, jak i Komisji Dialogu Społecznego.

Aktywiści i aktywistki byli tą grupą, która w Warszawie zyskała popularność i możliwość wpływu dzięki referendum odwoławczemu Hanny Gronkiewicz-Waltz w 2013 roku i przy wyborach samorządowych 2014 r.

W ten sposób, w Warszawie w 2015 roku mamy co najmniej trzy typy grupy roszczących sobie prawo do reprezentowania głosu społecznego i mówienia jak jest i być powinno. Mimo, że z perspektywy środowiska i facebooka osób należących do każdej z tych grup jest nas całkiem sporo, to w dwumilionowym mieście jesteśmy jedynie garstką osób.

Jeśli chcemy mieć prawdziwie obywatelskiego społeczeństwo, a tylko takie obronić może demokrację na poziomie lokalnym, to musimy poszukać kanałów dotarcia do osób, które nie mogą albo nie mają ochoty poświęcać swojego wolnego czasu na działania społeczne.

Pierwszą taką okazją był budżet partycypacyjny, który zmobilizował 10% mieszkanek i mieszkańców Warszawy. Drugą taką okazją jest aktualizacja strategii rozwoju – Warszawa 2030. To pierwszy raz, kiedy ambicją władz miasta jest dotarcie nie tylko do ekspertów i ekspertek, organizacji pozarządowych czy grona aktywistek i aktywistów, ale również do szerokiego grona osób mieszkających w Warszawie. Tych „zwykłych mieszkańców (i mieszkanek)”.

Stawką, o którą toczy się walka na poziomie samorządu jest odzyskanie zaufania – do siebie nawzajem na poziomie wspólnoty sąsiedzkiej, do administracji publicznej, do radnych. Bez tego nasza lokalna demokracja jest mało warta. Bo prawdziwa demokracja to nie technokratyczne rządy eksperckie, ani społeczeństwo skupione w organizacjach pozarządowych, to również nie oddawania władzy radnym, ale prawo do bycia podmiotom traktowaną i wysłuchaną niezależnie od swojego statusu społecznego.
Trwa ładowanie komentarzy...